Przez kolejne cztery dni robiłam
wszystko, żeby tylko uniknąć spotkania z Łasko. Snułam się po hali i chowałam w
gabinetach, gdy tylko widziałam któregoś z zawodników. Nocami przeglądałam
papiery szukając kreta. Brak snu tylko zwiększał moje podenerwowanie. Odkryłam
co prawda kilka niedopatrzeń ze strony księgowej, ale nie były to oskarżenia,
którymi mogłam kogokolwiek obarczyć. Minęło zbyt mało czasu, a mimo to
zaczynałam wątpić w istnienie owego „zdrajcy”. Byłam wściekła na Dragana, za to
że nie potrafi utrzymać języka za zębami, a to mnie dodatkowo rozpraszało.
Po bezowocnym spotkaniu z radą
nadzorczą postanowiłam pojechać do domu. Szefowie Skry zachowywali się
spokojnie, nie zauważyłam żadnych nerwowych spojrzeń, czy dziwnych wypowiedzi.
Albo, któryś z nich był świetnym aktorem, albo po prostu nie mieli z tym nic
wspólnego. Chyba nawet nie podejrzewali, że moje zatrudnienie to jedna wielka
bujdą.
- Zrobiłem kolację! – przeszczęśliwy
Serb wpakował mi się do mieszkania, nawet nie czekając na zaproszenie. Przepchnął
się tylko obok mnie i powędrował z żaroodpornym naczyniem w ręku prosto do
kuchni.
- Brawo! Mam cię pochwalić? – nie
miałam najmniejszej ochoty na wizytę kogokolwiek. – Pewnie odkryłeś do czego
służy kuchenka?
- Głupia. – z politowaniem spojrzał
na mnie przez ramię. Szperał mi po szafach, szukając zapewne talerzy. –
Gdzie...?
- Górna szafka po lewej.
Oparłam się ramieniem o ścianę i w
milczeniu obserwowałam Aleksa. Nawet przy nakładaniu jedzenia uśmiech nie
schodził mu z twarzy. Od czasu do czasu rzucał mi jedynie szybkie spojrzenie ciemnych
oczu znad naczyń.
- Mogłabyś wyciągnąć kieliszki i
jakieś wino do tego, może być czerwone.
Już otwierałam usta żeby mu
powiedzieć, jak głęboko w poważaniu mam jego polecenia. Jednak coś mnie powstrzymało. Serb
był miły i bezinteresowny w swoich działaniach. Całkiem przyjemna odmiana po
styczności z ludźmi, których zachowania są zawsze podyktowane ich wewnętrznymi
celami i pobudkami. Westchnęłam głośno otwierając butelkę i spytałam:
- Właściwie co to za danie?
- Serbska musaka. Moje popisowe.
- Matko, to było pyszne! – nie
mogłam powstrzymać zachwytu nad tym co stworzył siatkarz.
Aleks podniósł kieliszek w geście
podziękowania. Usiadłam obok niego na kanapie. Zmęczenie po całym tygodniu
dawało się we znaki. Teraz najedzona, z kieliszkiem wina w ręku mogłam się
zrelaksować. Mimowolnie oparłam głowę na jego ramieniu.
- Dziękuję.
- Lubię spędzać z tobą czas.
Zaśmiałam się gorzko.
- Chyba ty jedyny.
- Nie rozumiem, dlaczego niektórzy cię
tak źle odbierają.
Westchnęłam.
-
Przez te wszystkie lata pracy przy siatkówce przysporzyłam sobie wielu
wrogów. Myślę, że zrozumiałbyś gdybyś zobaczył mnie w akcji.
- Nie sądzę. Każdy robi to co w czym
jest najlepszy, szanuję cię za to, że twoja praca przynosi efekty. Nawet jeśli
niektórym się to nie podoba. Z tego co wiem, to nikt nie może zarzucić ci chwytów
poniżej pasa.
Podniosłam nieco głowę, opierając
się podbródkiem na jego ramieniu. Zapatrzyłam się w jego czekoladowe tęczówki
myśląc nad odpowiedzią.
- Staram się grać fair play w negocjacjach. Jednak czasami się nie da, zwłaszcza, gdy klient wymaga rezultatów.
Ale wiesz czego się nauczyłam przez te prawie 7 lat pracy przy transferach? I
to wcale nie związanego z pracą.
Patrzył na mnie zaciekawiony.
- Żeby nie podejmować walki, wtedy
gdy wie się, że się przegra. Ale nigdy nie wolno pozwolić, żeby komuś, kto cię znieważył,
uszło to na sucho. Warto czekać na stosowny moment i oddać, kiedy człowiek
znajduje się w dużo lepszej sytuacji, nawet jeśli się nie pragnie odwetu. Chyba właśnie to sprawia, że inni odbierają
mnie jako mściwą i zimną.
- Ja tak nie myślę. – uśmiechnęłam się
lekko. Wiedziałam, że Aleks był jeszcze za młody, nie widział i nie przeżył wielu
rzeczy w swoim życiu. Mimo to miło było mieć kogoś po swojej stronie.
Siedziałam akurat w przeznaczonym
dla mnie gabinecie, gdy usłyszałam pukanie. Odłożyłam otwarty właśnie skoroszyt
z notatkami. Do pomieszczenia wszedł mniej więcej pięćdziesięcioletni
mężczyzna.
- Witam! Chciałem się przywitać.
Nazywam się Waldemar Szulc.
Uścisnęłam mu dłoń i zaproponowałam
by usiadł.
- Może kawy?
- Dziękuję, ja tylko na chwilkę.
Szulc, prezes zarządu EKS, jawił się
jako człowiek otwarty i pod wieloma względami ujmujący. Szybko przypomniałam
sobie jednak, że Piechocki uważa go za osobę niebezpieczną i przebiegłą, więc automatycznie
stałam się bardziej czujna. Wymieniliśmy się kilkoma grzecznościami i
porozmawialiśmy o aktualnych wydarzeniach na boisku, zanim przeszedł do
właściwego tematu.
- W zasadzie to nie rozumiem
dlaczego prezes panią zatrudnił.
- Pan Piechocki podpisywał ze mną
umowę i myślę, że takie pytania powinien pan kierować do niego.
- Ale poczciwy Konrad nie jest do
końca obiektywny, jeśli chodzi o pani pracę.
Przyjrzałam się mu uważnie,
niepewna, co mężczyzna ma na myśli.
- Jest pan przeciwny mojemu
zatrudnieniu?
- Tego nie powiedziałem. A to, co
sądzę, i tak nie ma chyba żadnego znaczenia. Alę myślę, że zrozumiała pani, że
nie każdy w tym klubie zgadza się z prezesem. – uśmiechnął się przy tym bez
cienia sympatii.
- Co ma pan na myśli mówiąc: nie do
końca obiektywny?
- Nie ukrywam, że każdy wie o pani
wkładzie w pogrążeniu jego transferów trzy sezony temu.
Więc
o to chodzi.
- A nie sądzi pan, że praca to
praca? Trzy sezony temu byłam zatrudniona przez Macerate. Wtedy moja lojalność
należała do nich. Teraz jest odwrotnie.
- Nie sądzę, żeby pani lojalność w
stosunku do Lube Banci kiedykolwiek mogła wygasnąć.
Zmierzyłam go chłodnym spojrzeniem,
udając jednocześnie zdziwienie.
- Nie mam pojęcia o czym pan mówi. Moja
praca polega na polepszeniu wizerunku klubu w oczach sponsorów. Jeżeli
insynuuje pan jakobym mogła działać na szkodę zarządu, a co gorsza zacznie pan
to rozpowiadać, to gorzko pan tego pożałuje.
Spokojnie siedział przede mną,
uśmiechając się kącikiem ust i teatralnie wywracając oczami.
- Grozisz mi? – sprytnie przeszedł
na ty, chcąc w ten sposób zapewnić mnie o swoim braku szacunku w stosunku do
mojej osoby. Podjęłam więc jego grę.
- Tylko ostrzegam, że zadzierasz z
nieodpowiednią osobą. Myślę, że nie chciałbyś żeby twoja małżonka dowiedziała
się o romansie z niejaką... – spojrzałam na kartkę szukając odpowiedniego
nazwiska, po czym podniosłam wzrok. – Mileną Kowalczyk?
Zzieleniał. Zdecydowanie nie przewidział
takiego obrotu spraw.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz. Ta
rozmowa nie ma sensu. Do widzenia.
Zerwał się z fotela i resztkami
rozsądku podał mi przez stół rękę, choć ciało rwało się do wyjścia.
Uścisnęłam ją z uśmiechem satysfakcji
i obserwowałam jego wyjście. Westchnęłam, gdy zamknął za sobą drzwi.
Zawsze
reagują tak samo.
Dość często używam argumentu
kochanki w swoich potyczkach. Jednak nigdy gróźb nie urzeczywistniałam. Szkoda mi
kobiet, które przez tyle lat niczego nieświadome żyją u ich boku. Nie miałam
prawa niszczyć ich prozaicznego szczęścia. Mi wystarczyło sianie paniki wśród
ich niewiernych mężów, którzy zawsze w takich sytuacjach asekuracyjnie odchodzili
od swojej linii ataku. Miałam cichą nadzieję, że Szulc zareaguje tak samo, choć
podświadomie wiedziałam, że będzie inaczej. Zwłaszcza po jego subtelnej
sugestii dotyczącej włoskiego klubu.
Nieco rozkojarzona wychodziłam z
hali, więc na początku nie zauważyłam osoby, która opierała się o maskę mojego
samochodu. Dopiero jakieś 5 metrów przed podniosłam wzrok i zachłysnęłam się
powietrzem ze zdziwienia.
- Dragan! Co ty tu do cholery robisz?!
Nie usłyszałam odpowiedzi, bo szybko
zamknął mnie w uścisku. Po chwili doszło do mnie jednak:
- Też się cieszę, że Cię widzę. –
cmoknął mnie w policzek i dodał z uśmiechem. – Siostrzyczko.
Nerwowo rozejrzałam się dokoła, czy
w pobliżu nie ma któregoś z Serbów.
- Nie odpowiedziałeś mi na pytanie.
- Nie odbierasz ode mnie telefonów, od
czasu jak spytałaś się o Łasko. Co miałem innego zrobić?
- Nie no spoko. Rzucić treningi i
wsiąść w samolot.
Wsiedliśmy do samochodu i gdy
ruszyłam spod hali dodałam:
- Ojciec cię zabije jak się dowie.
- Nie ma na mnie takiego wpływu jak
kiedyś.
- Dragan! Jest twoim trenerem! Ma wpływ
większy niż kiedykolwiek. Wie, że pojechałeś do mnie?
- No dobra. Nie wie. Wkręciłem mu,
że wybieram się do Michaeli, która mnie
kryje.
Westchnęłam z ulgą. Konflikt z jego
ojcem w tej sytuacji nie był wskazany. Nerwowo zacisnęłam usta.
Z
naszym ojcem.
To, że jestem nieślubnym dzieckiem
Ljubomira Travicy wiem od niedawna. Dziwny lub chory zbieg okoliczności
sprawił, że w swojej pracy trafiłam któregoś dnia na prezesa Lube Banci
Maceraty. Pracując tam później poznałam Dragana. Niczego nieświadomi zaprzyjaźniliśmy
się ze sobą. Podświadomie ciągnęło nas do siebie, jednak nigdy w typowo
seksualny sposób. Dobrze się dogadywaliśmy i myśleliśmy podobnie. To jemu
pierwszemu zaufałam w pełni i powiedziałam o tym, że nie znam ojca, i
że jedyne co wiem to to, że jest pochodzącym z Belgradu siatkarzem. Matka nie
zostawiła po sobie niczego, co mogło mnie naprowadzić na odpowiedni trop. Pomógł
mi. Załatwił studia i mieszkanie w stolicy Serbii. Nocami uczył języka. Do
czasu, gdy oboje poznaliśmy prawdę. Okrutną i śmieszną zarazem. Byliśmy
rodzeństwem.
Wtedy rozpętało się piekło, które
trwa do teraz. Mimo, że testy genetyczne potwierdziły ojcostwo, Ljubomir nie
uznał mojego istnienia dobitnie wykrzykując mi w twarz, że nie jestem i nigdy nie
będę jego córką. Uciekłam z Maceraty, nie mogąc znieść prawdy. Dopiero kilka miesięcy temu odebrałam telefon od Dragana. Zgodziliśmy się oboje, że zatrzymamy
wszystkie te wiadomości dla siebie, bo nie warto załamywać jego matki i
niszczyć wszystkim karier. To był jeden z gorszych momentów w moim życiu.
Musiałam przełknąć gorycz porażki, z którą tak bardzo się nie zgadzałam i nie
mogłam pogodzić. W dużym stopniu pocieszało mnie to, że w całej tej gonitwie za
własną tożsamością zyskałam wspaniałego brata.
Uśmiechnęłam się na myśl o Draganie
i spojrzałam na niego, na chwilę odwracając wzrok od drogi. Odpowiedział tym samym,
śmiesznie marszcząc nos.
- Mam nadzieję, że nie mam takiej
samej jak ty mimiki.
- Coś ci się nie podoba w naszych
wspólnych genach?
- Tylko do dawcy mam zastrzeżenia.
- Oj tam, wszystko się da jakoś
wytłumaczyć. To co, pijemy dzisiaj?
~
Troje różnych mężczyzn i trzy różne Nowickie. Tylko która prawdziwa?
Miłego czytania :*
Masz u mnie WIELKIEGO PLUSA za 'Islands', chociaż moimi ulubionymi piosenkami są 'Infinity' i 'Shelter'. W ogóle The XX są zajebiści. Tak wracając do rozdziału, nie spodziewałam się, że Monika i Dragan są rodzeństwem, ale myślę, że w razie czego to właśnie on stanie murem za swoją siostrą ;)
OdpowiedzUsuńZaskakująca sytuacja z tym bratem!!! Uwielbiam Twój styl właśnie dlatego, że Twoje opowiadanie jest nieprzewidywalne!!
OdpowiedzUsuń